Kredyt za zero procent - czyli jak drenowany jest nasz portfle

Kredyt za zero procent, czyli jak zmiany w regulacjach drenują nam portfel

Z tego postu dowiesz się, że:

  • dlaczego mało znane zmiany w regulacjach dotyczących kredytu konsumenckiego znacząco zwiększają ryzyko dla nas – kredytobiorców

Po kryzysie rynków finansowych w 2008 r. wydawało się, że nadzór finansowy i banki sporo się nauczyły. Wiadomo już było, że do budowy zdrowych aktywów banku nie wystarczy tylko znaleźć klientów, którzy wezmą od niego pożyczkę, ale „upewnić się”, że pożyczkę tę spłacą. Duży odsetek nierozliczonych kredytów nie tylko długoterminowo zaburza życie rodzin, dotkniętych takim problemem, ale także zagraża systemowi finansowemu.

Aby zapobiec temu, regulacje rynku finansowego powinny wywiązać się przynajmniej z dwóch kwestii:

  • egzekwować jasne informowanie klienta o tym, jak skonstruowany jest produkt kredytowy, wyposażając go w wiedzę niezbędną do oceny jego kluczowych parametrów,
  • blokować możliwość „przekredytowania” klienta, czyli podjęcia przez niego zobowiązań przekraczających jego zdolność kredytową i mogących wciągnąć go w spiralę zadłużenia.

Ustawa antylichwiarska – cofnijmy się do czasów sprzed 2008 r.

Przed kryzysem  w życie weszła tak zwana ustawa antylichwiarska, która chroniła klienta przed zbyt dużymi kosztami kredytu, ograniczając jego maksymalne oprocentowanie oraz opłaty z nim związane.

RRSO – który kredyt jest tańszy

Wprowadzono  także obowiązek publikowania RRSO, czyli ujednoliconego sposobu pokazującego koszt kredytu, dzięki czemu potencjalny kredytobiorca mógł stosunkowo szybko określić, która oferta na rynku jest   tańsza. Inną parą kaloszy jest to, czy rozumiemy RRSO i rzeczywiście bierzemy je pod uwagę przy wyborze kredytu. Ale tym tematem zajmiemy się na pewno w osobnym wątku – wymaga znacznie szerszego przedstawienia.

Biuro Informacji Kredytowej – firmy pożyczkowe nie muszą raportować

Mamy więc wiedzę, jakie regulacje obowiązywały na rynku przed 2008 r. Co było dalej?

Kryzys uświadomił nadzorowi rynków finansowych konieczność poprawienia uprawnień Biura Informacji Kredytowej i zobowiązał tym samym wszystkie banki do raportowania BIKowi zadłużenia klientów indywidualnych. Od tego czasu więc całość zobowiązań zaciągniętych przez klienta może być brana pod uwagę w procesie analizy jego zdolności kredytowej. Obowiązek raportowania nie dotyczył jednak wszystkich – pożyczkodawcy bez licencji bankowej, takiemu reżimowi nie zostali poddani. Trzeba jednak dodać, że w okresie 2008 – 2012, takich graczy na rynku było niewielu.

Następnie pojawiło się wymaganie, by wszyscy kredytodawcy przedstawiali klientom podstawowe parametry kredytu w formie Formularza Informacyjnego Dotyczącego Kredytu Konsumenckiego. Ten format pozwalał zaprezentować produktu w sposób czytelny i zrozumiały.

Ostatecznie, zaostrzone zostały też kryteria oceny zdolności kredytowej, wymagające miedzy innymi weryfikacji dochodu klienta oraz określające maksymalne poziomy zadłużenia w stosunku do dochodu – DTI (Debt to Income).

Po wdrożeniu tych ‘obostrzeń’, tak zwana akcja kredytowa w sektorze bankowości klientów indywidualnych znacząco się spowolniła. W rezultacie Ilość kredytów konsumenckich udzielonych w 2012 roku spadła względem 2011 roku o ponad 20%. Na ten trend nałożył się dodatkowo problem spadających stóp procentowych, które jeszcze nigdy w historii nie były na tak niskim poziomie. „Bubel” legislacyjny w postaci ustawy antylichwiarskiej powodował tymczasem drastyczny obniżenie marży kredytowej banków do poziomów, w których coraz większa grupa klientów, o bardziej ryzykownym profilu, musiała przestać być przez nie obsługiwana. Ten spadek kosztu kredytu oraz grupy docelowej banków został bardzo niefortunnie rozwiązany – ściągnął  poważne ryzyko nie tylko na  klientów, ale też cały system. Jak to się stało?

Ustawa antylichwiarska

Ustawa antylichwiarska przestała ograniczać opłaty związane z kredytem na poziomie 5%. Ten niewidoczny zabieg w rezultacie zmienił diametralnie rynek kredytów konsumenckich. Pojawiły się głośne oferty „kredyt za zero procent”, które w rzeczywistości ogromną część zarobku banku (kosztu kredytu) przeniosły na tzw. opłatę początkową, nieznajdującą żadnego finansowego uzasadnienia. Poprzednio musiała ona na przykład odzwierciedlać koszty poniesione przez bank w procesie analizy kredytowej. A jak to uderza w klienta?

Po pierwsze:

Kredyt za zero procent”, to pod atrakcyjnym hasłem marketingowym, bardzo myląca „obietnica”, jednocześnie skutecznie przyciągająca. Kto z nas by z tego nie skorzystał – pieniądze za nic?

Po drugie:

Jeśli klient zdecyduje się spłacić kredyt przed uzgodnionym terminem, na przykład po 6 miesiącach zamiast po trzech latach, opłata wstępna pobrana z góry nie ulega zwrotowi.  Żeby to zobrazować poniżej podaję przykład, z którego jednoznacznie wynika, że wcześniejsza spłata kredytów z bardzo niskim oprocentowaniem, skompensowanym dużą opłatą przygotowawczą, zupełnie się klientowi nie opłaca. W tym celu posłużyłem się zestawieniem kosztu dwóch kredytów zaciągniętych na tę samą kwotę, w takim samym okresie finansowania i odwróconych elementach ceny. W przypadku mniejszego oprocentowania, skompensowanego większą opłatą początkową, koszt kredytu spłaconego przed terminem (po szóstym miesiącu) jest o 1,9 tys. zł wyższy. Zresztą – zobaczcie sami:

Ustawa antylichwiarska - kredyt za zero procent i symulacja splaty kredytu

Takie kształtowanie przez banki kosztu kredytu wymusza właśnie wadliwa struktura ustawy antylichwiarskiej. O wiele sensowniej byłoby usunąć z niej szkodliwy zapis o maksymalnym oprocentowaniu jako czterokrotności stopy lombardowej i zastąpić go inną regulacją, która pozwoliłaby bankom oferować przejrzysty produkt klientowi i nie ponosić na nim straty.

Analiza zdolności kredytowej

Rozluźnione zostały wymogi związane z analizą zdolności kredytowej klienta, co znalazło swój wyraz w usunięciu zapisu o maksymalnym dozwolonym współczynniku zadłużenia: stosunku sumy rat kredytowych do miesięcznego dochodu. Do niedawna były one określone na poziomie 50% oraz 65% dla klientów z dochodem powyżej średniej krajowej. Co to oznacza?

Klient może zaciągać zobowiązania na poziomie trudnym do ich obsługi. Nie wspominając o tym, że oddanie w formie rat kredytowych 50%-65% naszego dochodu jest już bardzo uciążliwe. Banki rzecz jasna ponoszą ryzyko kredytowe, ale w ostateczności dług, którego nie uda im się odzyskać, po prostu sprzedają firmom specjalizującym się w egzekwowaniu spłaty zadłużenia i w rezultacie klient przez wiele lat walczy o finansowe przetrwanie. W literaturze zajmującej się analizą dobrych praktyk w ustalaniu bezpiecznego poziomu zadłużenia klientów indywidualnych często przytacza się wskaźnik DI na poziomie 33%.  DI (ang. disposable income) to tzw. dochód dyspozycyjny, który obliczany jest przez odjęcie wszystkich obciążeń finansowych rodziny od miesięcznych dochodów wszystkich członków rodziny. Minimalny poziom wskaźnika DI oznacza granicę zdolności kredytowej klienta. Jedna trzecia naszego miesięcznego dochodu poświęcona na spłatę rat kredytowych określna jest jako bezpieczna.

Ponad wszystko uważam, że rolą regulatora jest ochrona klienta.

Pod wpływem agresywnej akcji marketingowej banków i firm pożyczkowych trudno w różnych okolicznościach życiowych nie pokusić się o zaciągnięcie kredytu zbyt dużego na możliwości jego późniejszej obsługi.

Mając na uwadze wszystkie te zmiany regulacji rynku kredytowego lekcja, która na trwałe powinna dla nas z tego wynikać, to zachowanie przy każdej decyzji o zaciągnięciu kredytu wzmożonej uwagi i trzeźwej oceny. Część mechanizmów ochronnych została wyłączona, naszym „cenzorem” więc pozostaje wiedza i przede wszystkim zdrowy rozsądek.

Nie mam natomiast wątpliwości co do tego, że regulator ma świetne rozeznanie w tematach, które poruszyłem wyżej. Miejmy nadzieję, że jest w trakcie właściwego adresowania problemów, które sygnalizujemy.

No Comments

Click on a tab to select how you'd like to leave your comment

Post A Comment

*