Nowa ustawa frankowa – zwrot spreadów i przewalutowanie po dobroci albo…

Pisaliśmy o tym, że przewalutowanie kredytów we wcześniej proponowanej wersji może kosztować sektor bankowy nawet 56 mld zł, przy zysku sektora na poziomie 4-krotnie niższym (13.1 mld zł w roku 2015). Wyliczenia KNF zakładały, że w najbardziej dotkliwym wariancie koszt ustawowej restrukturyzacji może wynieść nawet 66,9 mld zł.

Przy tym obciążeniu banki nie miałyby z czego oddać podatku dochodowego (jakieś 4 mld rocznie), bankowego (2-4 mld rocznie) i zachować kapitału na utrzymanie akcji kredytowej. Jak więc postanowienia projektu ustawy miały zadziałać, bez wpływu na wykonalność pozostałych zobowiązań banków?

Dotychczasowe rozwiązanie zakładało, że straty banków z tytułu restrukturyzacji kredytów walutowych można rozliczyć w czasie i w ten sposób uczynić koszt operacji możliwym do udźwignięcia bez ryzyka utraty ściągalności podatków. I pewnie w takiej formule projekt byłby forsowany, gdyby nie błąd w założeniu. Stopniowe rozliczanie kosztów przewalutowania jest sprzeczne z Międzynarodowymi Standardami Sprawozdawczości Finansowej (MSSF), które nakazują bankowi zidentyfikować stratę niezwłocznie od wystąpienia przesłanki o jej powstaniu. Ustawa stanowi taką przesłankę, więc strata musiałaby być rozpoznana od razu wraz z koniecznością utworzenia na tę stratę odpowiedniej rezerwy.

Jeśli więc koszt przewalutowania miałby być zrealizowany zgodnie z wymogami międzynarodowych zasad rachunkowości, wg obliczeń KNF:

  • dla 6 banków poziom całkowitego współczynnika wypłacalności (TCR) spadłby do wartości poniżej wymaganej regulacyjnie granicy 8 proc.., a łączne niedobory funduszy własnych wyniosłyby 18,6 mld zł.
  • w 3 bankach, skupiających prawie 170 mld zł aktywów polskiego sektora, fundusze własne byłyby ujemne. Brakowałoby 6,3 mld zł, co oznaczałoby, że muszą upaść. Na ryzyko narażone byłoby ok. 60 mld zł pieniędzy publicznych, bo banki te posiadają 82,2 mld zł depozytów gwarantowanych, a Bankowy Fundusz Gwarancyjny mógłby pokryć z tego zaledwie 15-20 proc.
  • gdyby w wyniku okresowych zaburzeń na rynku walutowym wywołanych przez restrukturyzację, złoty jeszcze bardziej osłabił się do franka, koszty obciążeń mogłyby wzrosnąć do kwoty nawet 103,4 mld zł, czyli równowartości ok. 2/3 posiadanych przez sektor funduszy własnych.

Oznaczałoby to, że depozyty klientów znajdujące się w bankach zagrożonych likwidacją przestałyby być bezpieczne, a koszty tej likwidacji przerzucone na:  budżet państwa z tytułu obowiązku gwarantowania depozytów do kwoty stanowiącej równowartość 100 tys. euro na jednego klienta i na klientów w przypadku depozytów przekraczających równowartość 100 tys. euro na jednego klienta.

Najwyraźniej skutki finansowe poprzedniego projektu ustawy i wynikające z nich ryzyko zachwiania stabilnością poszczególnych banków i utraty zaufania do sektora, zmusiły projektodawców do odejścia od ‘kursu sprawiedliwego’ i poszukania kompromisu.

Co zakłada nowy projekt ustawy?

Obowiązek zwrotu świadczeń pobranych nienależnie z tytułu zawyżonego spreadu i dobrowolne, ale ‘dopingowane’ działaniami nadzoru przewalutowanie.

Zwrot spreadów oczywiście nie rozwiązuje sprawy ryzyka wahliwości raty i wartości zadłużenia kredytów, ale chociaż w jakiejś części rekompensuje klientom samowolę banków w zarabianiu na różnicach kursowych. Jak wynika z resztą z głównego założenia regulacji, spready były ustalane w sposób sprzeczny z obowiązującym prawem i stanowiły nienależny zarobek banku, który musi wrócić do płatnika.

I druga część ustawowego planu – przewalutowanie, które za pomocą działań nadzorczych ma sprawić, że banki zaczną mieć interes w tym, żeby tej restrukturyzacji kredytów chcieć dobrowolnie. Jak to miałoby się zadziać?

Albo przewalutujesz po dobroci albo…

Koncepcja przymusowego przewalutowania, która miałaby być egzekwowana ustawowo została ‘zamrożona’ na rok. Do tego czasu banki miałyby, zachęcone odpowiednimi rekomendacjami KNF, zaproponować klientom przewalutowanie z własnej, choć lekko wspomaganej woli. Tym wspomagaczem miałoby być podniesienie wagi ryzyka na kredycie walutowym do poziomu wyższego niż określa  europejskie prawo, czyli z obecnych 100 proc. do 150 proc. Dodatkowym instrumentem ‘presji’ miałoby być zwiększenie wymogów kapitałowych, czyli to co już w ubiegłym roku wprowadziła KNF w ramach II Filaru, wtedy uzasadnieniem do zastosowania dodatkowego obciążenia kapitałowego miało być pokrycie ekspozycji kredytowych, których LtV przekraczało 100 proc. wartości nieruchomości. KNF może podnieść narzuty kapitałowe na podstawie corocznej oceny systemu zarządzania ryzykiem w bankach – w zamyśle projektodawców skutek ekonomiczny tych wymogów miałby skłonić banki do większej otwartości na negocjacje z klientami. Skoro przestanie im się opłacać utrzymywać portfel kredytowy we franakch, to jest szansa, że będą bardziej otwarte na jego przewalutowanie – taka jest logika rozwiązania ustawowego, co nie oznacza, że banki tą ścieżką pójdą. Jest równie prawdopodobne, że mając do wyboru przewalutowanie ze skutkiem wielomiliardowych strat i większe narzuty kapitałowe, które przecież nie mogą być tak duże, żeby zachwiać stabilnością banków  – kredytodawcom będzie bardziej po drodze przełknąć to drugie.

Co realnie może KNF?

I na tym się właściwie kończy moc wykonawcza nadzoru. Zgodnie z art. 138 ust. 7 Prawa bankowego: „Środki podejmowane w ramach nadzoru nie mogą naruszać umów zawartych przez bank” z wyłączeniem pewnych umów, do których jednak umowy kredytów nie należą, czyli środki nadzorcze jako takie owszem mogą być wprowadzane i mogą mieć wpływ na działalność banków, w tym umowy przez nie zawierane, ale na przyszłość. Tego z resztą bronią bankowcy – nawet jeśli umowy zawierały klauzule abuzywne, to jedynym skutkiem powinno być niestosowanie ich w przyszłości bez ingerowania w treść zawartych już umów z klientami.

W jakim trybie banki miałyby nas przewalutować?

Tak czy siak projektodawca wyraźne wskazuje na kompetencje KNF w procesie restrukturyzacji kredytów. Jak wynika z zapowiedzi Prezesa NBP, Adama Glapińskiego, KNF miałaby wydać rekomendację, która „w pierwszej kolejności powinna dotyczyć klientów znajdujących się w najgorszej sytuacji pod względem LtV i DtI (wskaźnik kosztów obsługi długu do dochodów). Uzyskana w ten sposób stopniowość procesu pozwalałaby odsunąć ograniczenia stawiane przez MSSF. Strata wynikająca z przewalutowania kredytu rozpoznawana byłaby indywidualnie w momencie zawierania porozumienia z klientem, a nie jednorazowo, na cały portfel kredytowy banku. Tym sposobem można byłoby koszt tego przewalutowania rozłożyć w czasie.

Szansa jednak, ze to imadło nadzorcze nad bankami miałoby skutkować zmianą ich sentymentów w kierunku dobrowolnego przewalutowania, jest mniej niż bardziej prawdopodobne, więc to na czym warto skupić działania egzekwujące to odzyskanie na mocy ustawy należności na różnicach kursowych.

Co zrobić, żeby ubiegać się o zwrot spreadu?

Złożyć wniosek. W ciągu 6 miesięcy od dnia wejścia w życie ustawy kredytobiorca będzie mógł wystąpić do swojego banku z wnioskiem o wyliczenie świadczeń pobranych nienależnie z tytułu spreadu walutowego. Bank będzie miał 30 dni od dnia otrzymania wniosku na przeanalizowanie case’u klienta, przygotowanie stosownych wyliczeń i ich wysłanie. Jeśli kredytodawca potwierdził zastosowanie wobec konsumenta nienależnego spreadu, klient jest uprawniony do wnioskowania o pomniejszenie kapitału kredytu o kwotę zwrotu. Taki wniosek powinien być złożony w ciągu 12 miesięcy od dnia otrzymania odpowiedzi z banku. Jeśli natomiast konsument nie zgadza się z podsumowaniem przygotowanym przez bank, w ciągu 2 miesięcy od dnia jego uzyskania, ma prawo wniesienia reklamacji.

Komu przysługuje zwrot?

Regulacją objęte są umowy kredytów denominowanym lub indeksowanym do walut obcych, zawarte od 1 lipca 2000 r. do 26 sierpnia 2011 roku, czyli do momentu wejścia w życie ustawy antyspreadowej, która umożliwia spłatę zobowiązań bezpośrednio w walucie (bez kosztu spreadu bankowego). Zwrot dotyczy kredytów zaciągniętych na potrzeby mieszkaniowe konsumenta lub kredytów zaciągniętych przez przedsiębiorców, jeśli nie dokonywali odpisów amortyzacyjnych od nieruchomości i nie zaliczali do kosztów uzyskania przychodów z działalności odsetek i innych obciążeń z tytuł umowy kredytu. Ze zwrotu spreadów mają być też wykluczone kredyty inwestycyjne.

Wniosek o wyliczenie i kompensatę nadpłaty mogą składać także konsumenci, których umowy kredytowe już wygasły (bez znaczenia, czy na skutek wypowiedzenia przez kredytodawcę czy całkowitej spłaty zobowiązania).

Jakie warunki musi spełnić kredyt?

Kwota zwrotu ma być wyliczona w odniesieniu do następujących kryteriów:

  • Świadczenie z tytułu transakcji wymiany walut jest zaliczane jako nienależne, jeśli bank przy wypłacie i spłacie kredytu pobrał spread powyżej 0,5 proc. odchylenia od kursu kupna lub sprzedaży danej waluty przez NBP. Do tego poziomu ustawa uznaje wynagrodzenie instytucji za dopuszczalne i uzasadnione koniecznością pokrycia kosztu wymiany waluty i zabezpieczeń (z uwzględnieniem ewentualnych różnic międzybankowych).
  • Możliwość uzyskania spreadu ograniczona jest wartością kredytu. O pomniejszenie kapitału kredytu lub zwrot nadpłaty z tytułu nienależnie pobranego spreadu konsument może wystąpić tylko do określonego poziomu wartości kredytu, tj. 350 tys. zł. Jeśli wysokość kapitału kredytu przekracza ten limit (kwota w złotych z dnia zaciągnięcia jest wyższa), zwrot będzie naliczany do kwoty 350 tys. zł, niezależnie od tego, czy kredyt został zaciągnięty na większą kwotę. Limit ten konsument może wykorzystać w ramach jednego zobowiązania kredytowego lub kilku. Jeśli kredyt jest małżeński limit jest dwukrotnie wyższy.
  • Do kwoty zwrotu wyliczonej na podstawie zawyżonych spreadów bank musi doliczyć oprocentowanie w wysokości połowy odsetek ustawowych, czyli na poziomie zbliżonym do oprocentowania, które klient mógłby uzyskać lokując pieniądze w bezpiecznych inwestycjach (typu obligacje skarbowe). W myśl ustawy ten bufor odsetkowy ma stanowić dla klienta rekompensatę „spadku siły nabywczej pieniądza i utraconych korzyści”.

Czy ustawa zablokuje procesy sądowe?

Projektodawca zaznacza, że skorzystanie z regulacji nie ma wpływu na trwające procesy sądowe. Skorzystanie z ustawy nie zamyka i nie ogranicza roszczeń konsumentów wobec banków w toczących się już postępowaniach. Postulat Związku Banków Polskich o to, aby ustawa wykluczała możliwość dochodzenia innych roszczeń przed sądami powszechnymi nie został wpisany do projektu ustawy. Jeśli więc zapisy w docelowym brzmieniu nie ulegną zmianie, skorzystanie z regulacji nie powinno być blokujące dla trwających postępowań.

Trzeba dodać, że ustawa pozwala na dochodzenie roszczeń, które w standardowym trybie cywilnym już dawno uległyby przedawnieniu. Obejmuje swoim zakresem czynności, sięgające 16 lat wstecz. Co do zasady roszczenia o zwrot bezpodstawnego wzbogacenia przedawniają się na zasadach ogólnych określonych w art. 118 k.c., czyli z upływem 10 lat, a te dotyczące zwrotu odsetek po 3 latach. W tym więc rozumieniu ustawa rozszerza granice zastosowania prawa nie tylko co do czasu, ale także aktywności zobowiązań – obejmuje także umowy zamknięte.

Ile to będzie kosztowało?

Przy założeniu, że o zwrot nienależnie pobranych spreadów wystąpią wszyscy d tego uprawnieni na mocy ustawy, łączny koszt wypłaty banków wyniesie 3,6 – 4 mld zł. Trudno to bezbłędnie oszacować nie mając danych, ale przykład Węgier pokazał, że przy wymuszonym zwrocie spreadów wartość kredytów spadła o 24 proc. Jeśli zastosujemy tę samą wartość do polskiego portfela kredytowego, czyli 24 proc. z 140 mld (CHF) i 28 mld (inne waluty), oznaczałoby to spadek wartości kredytów o 40 mld zł. Przyjmując średnią roczną marżę banków na poziomie powiedzmy 2.5 proc. i zakładając, że kredyty w innych walutach byłyby spłacane jeszcze przez średnio 10 lat, skutkowałoby to łączną stratą sektora na poziomie ok. 10 mld zł.

„Nie płacę haraczu” – jakie konsekwencje?                                     

Projekt ustawy nie przekonał frankowiczów. Trudno się dziwić, wielość dotychczasowych koncepcji obiecujących dużo więcej niż wynika z obecnej wersji,  specjalnie powołane zespoły ekspertów i czas oczekiwania na tą najsprawiedliwszą, rozbudził wielkie nadzieje na ustawowe przewalutowanie, które niezależnie od determinacji politycznej jest niemożliwe. O ile banki, aby odpokutować winę abuzywnych klauzul, mogą okazać skłonność do częściowego przewalutowania albo renegocjowania marży kredytu po przewalutowaniu, tak szansa na umorzenie długu jest – jeśli w ogóle – ekstremalnie jednostkowa.

Postawa kredytobiorców wraz z czasem oczekiwania na rozwiązanie (co już wcześniej wielokrotnie sygnalizowaliśmy) coraz bardziej się radykalizuje. Niebezpieczeństwem wynikającym z tego stanu rzeczy jest potencjalna otwartość klientów na działania, które mają stworzyć pewne formy nacisku na banki, ale przy użyciu metod, które docelowo będą dla nich szkodliwe. Do podjęcia takiego ryzyka zachęca stowarzyszenie „Stop Bankowemu Bezprawiu” pod hasłem „nie płacę haraczu”. Jest to akcja obywatelskiego nieposłuszeństwa, polegająca na wstrzymaniu płatności rat kredytu przez trzy kolejne miesiące, która miałaby wywrzeć na bankach presję do restrukturyzacji zobowiązań. Jakby to miało bankom zaszkodzić, żeby nagle stały się skore do negocjacji? Jeśli spłata kredytu opóźnia się o 90-dni, a wiec staje się należnością zagrożoną, bank musi utworzyć na nią rezerwę, czyli zamrozić fundusze kredytodawców i ograniczyć rozwój akcji kredytowej. Oznacza to więc, że mniej zarobi – i w tym pomysłodawca akcji upatruje szansę perswazji. Ale! Jedną stroną medalu jest to, czy strajk zyska masowe poparcie i rzeczywiście obniży zysk banków w skali roku, drugą natomiast – konsekwencje tego ruchu po stronie kredytobiorców. Jak to może im zaszkodzić?

  • Po 60 dniach zwłoki w płatności raty bank ma prawo przekazać informację o zaległości do Biuro Informacji Kredytowej. Taki wpis ‘wisi’ przy Twoim nazwisku przez następne 5 lat.
  • Dla przyszłego kredytodawcy informacja o zaległości w obsłudze spłaty zobowiązania może albo zablokować decyzję o udzieleniu Ci kredytu albo obniżyć transakcyjność warunków poprzez wyższy koszt kredytowania. Stanowiąc większe ryzyko dla banku, obniżasz swój score kredytowy i w efekcie płacisz za finansowanie więcej.
  • Bank (choć nadzór wymaga, aby zanim to zrobi porozumiał się z Tobą) może wypowiedzieć Ci umowę kredytową nawet po dwóch kolejnych nieopłaconych ratach.
  • Decydując się na nieregularną spłatę zobowiązania tracisz uprawnienia do indywidualnego porozumienia z kredytodawcą – pozbywasz się swojej siły negocjacyjnej opartej na wiarygodności kredytowej, a tą budujesz poprzez pozytywną historię obsługi swojego zadłużenia.

3 założenia, które mogą pomóc frankowiczom:

  1. Nie ma co wierzyć w rozwiązania systemowe – a na pewno nie takie, które obiecują przewalutowanie po kursie startowym, mogące kosztować 4-krotność zysku całego sektora, a więc zachwiać stabilnością poszczególnych banków, pogłębić bak zaufania do systemu bankowego, a w skrajnym scenariuszu spowodować kryzys finansowy. To, że banki się na to nie zgodzą to pół biedy, nie może na to pozwolić KNF, a na pewno nie przyłoży się do tego nazwiskiem żaden polityk nawet, jeśli tak obiecał.
  2. Pamiętaj, konwersja kredytu na złotowy w warunkach wyższego kursu waluty, w której masz zaciągnięty kredyt, może być z perspektywy czasu (potencjalnego osłabienia waluty), najmniej korzystnym momentem na dokonanie takiej zmiany.
    Plusy: Operacja ta jest opłacalna, kiedy kurs waluty jest niski, złoty mocny i są prognozy (które należy traktować z dystansem), że waluta kredytu zacznie się umacniać. To jest najlepszy moment na dokonanie takiej konwersji i pozbycie się ryzyka walutowego.
    Minusy: Przewalutowanie oznacza trwałą utratę możliwość oszczędzenia na korzystnej zmianie kursu, która może natąpić w trakcie tych kilkudziesieciu kolejnych lat obsługi zobowiązania. Przy niskim kursie możesz skumulować nadwyżkę i przeznaczyć ją na zakup większej partii waluty (w warunkach osłabionego franka) po przeznaczyć tę kwotę na nadpłatę kredytu. Po konwersji na złote kredyt będzie oprocentowany stawką WIBOR – obecnie jest na bardzo niskim poziomie, trzeba jednak pamiętać, że stopy procentowe w perspektywie czasu wzrosną, a to oznacza, że koszt obsługi takiego kredytu również będzie większy.
  1. Zastanów się nad motywacją swojej decyzji o wzięciu kredytu we franku. Zachęciła Cię prawdopodobnie do tego możliwość obsługi zadłużenia na o wiele niższym niż złotowe oprocentowaniu (być może z optymistyczną oceną ryzyka i niedostatecznym buforem oszczędnościowym na wypadek zwiększenia kosztu spłaty rat). Sprawdź, ile zaoszczędziłeś lub przepłaciłeś zaciągając kredyt we frankach względem rówieśniczego kredytu w złotym. Czy przewalutowanie na pewno Ci się opłaca?
    przewalutowanie_tak_nie

2 założenia, które mogą pomóc prezydentowi:

  1. Jak najszybsze wprowadzenie ustawy w życie – im dłużej piłka jest w grze, tym oczekiwania drugiej strony bardziej się polaryzują i mogą prowadzić do działań („nie płaćmy rat”) ograniczających siłę negocjacyjna kredytobiorców i ich dostęp do korzystnych rozwiązań;
  2. Stworzenie skutecznych warunków ‘presji’ z wykorzystaniem klimatu ryzykownej dla banków i wciąż ruchomej linii orzeczniczej tak, aby miały powody chcieć się dogadać z klientami indywidualnie. Ostatecznie mają swoją winę w „mitygowaniu” ryzyka kredytów walutowych, proponując je także tym klientom, którzy nie mieli dostatecznej zdolności kredytowej do obsługi zadłużenia w złotych.

Niezależnie od postępu w temacie zwortu spreadów, ryzyko różnic kursowych jest tą samą bombą zaszytą w portfelach klientów, jaką było przed rokiem i ta ustawa tego nie zmienia. O ile nie da się ryzyka walutowego zbić do zera, lekcja z historii powinna dać całemu sektorowi finansowemu do myślenia w kierunku rozwiązań, które mogłyby tę zmienność chociaż w pewnym stopniu zmitygować przy rozsądnym podziale kosztów. To krok, który warto popełnić nie tylko w kierunku bezpieczeństwa samych kredytobiorców, ale w interesie bezpieczeństwa wszystkich uczestników rynku kredytowego. Co myślicie?

No Comments

Click on a tab to select how you'd like to leave your comment

Post A Comment

*