Pułapka kredytowa - jak się przed tym uchronić

Spirala zadłużenia – jak nie wpaść, po czym rozpoznać, jak wyjść

Z tego postu dowiesz się:

  1. Zadłużając się musimy brać pod uwagę wszystkie możliwe scenariusze naszej przyszłości – również te najgorsze.
  2. Idąc na skróty łatwo zejść na manowce – o spłacaniu zadłużeń pożyczką.
  3. Jest wiele powodów, które sprzyjają popadnięciu w spiralę długów – jak nie dać sobie żadnego z nich?

Ten post jest kolejną po historii Tomka (przykład bankrutującego biznesu, dla którego ratunkiem miała być firma pożyczkowa), odsłoną cyklu o nadmiernym zadłużaniu się. Spirala zadłużenia, bo o niej mowa, może stać się problemem właściwie każdego z nas. Jak się okazuje, nie musimy wiele nabroić, żeby zajrzała nam do portfela. Wystarczy niedostatecznie przemyślana decyzja o zaciągnięciu kolejnego kredytu, choroba, utrata pracy, wypadek i nagle tracimy płynność finansową. I tak to błędne koło zadłużeń się z reguły zaczyna. Nie chcę tym postem zasiać paniki, nikogo przestraszyć ani rozliczać za decyzje, które mogły spowodować ten stan. Na czym natomiast mi zależy, to podzielić się z Wami praktycznymi sposobami zapobiegania pułapce zadłużania i rozwiązaniami, jak z niej wyjść, jeśli już się w niej znaleźliśmy.

Zapraszam Was do lektury – jest nieco dłużej, ale myślę, że ten temat wymaga powiedzenia więcej.

Zacznijmy od krótkiej agendy:

  1. Dlaczego wpadamy w spiralę zadłużenia? Jakie są najczęstsze powody? Co może być sygnałem alarmowym?
  2. W jakich sytuacjach powinniśmy powiedzieć „STOP” kolejnemu kredytowi.
  3. Jeśli już mamy problemy z wywiązywaniem się z zaciągniętych zobowiązań, jak uniknąć dalszego zaciskania pętli kredytowej.

Jak się to zaczyna – czy jesteś w grupie ryzyka?

Oczywiście u każdego ten proces może przebiegać inaczej – co innego może być punktem granicznym, ale zaczyna się z reguły tak samo, czyli zaciągamy nasze pierwsze zobowiązanie, na przykład kartę kredytową lub kredyt w koncie. Później – pojawia się potrzeba sfinansowania wycieczki nad morze, sprzętu AGD, małego remontu, który w trakcie robi się ‘nieco’ kosztowniejszy (zwiększamy kredyt) czy kupna samochodu. Rezultat? Zaczynamy mieć więcej zobowiązań w miesiącu do pokrycia i rosnące zadłużenie. I co wtedy robimy najczęściej? Jak już wpadliśmy w finansowe kłopoty zaczynamy spłacać zadłużenia z reguły w minimalnej wymaganej kwocie, co przy tym sposobie rozliczania długu może oznaczać, że będziemy go spłacać nawet przez 20 lat! (o tym w osobnym poście). Wtedy też paradoksalnie najczęściej zakładamy, że nasza praca jest stała i pewna, będziemy zawsze zdrowi i raczej nie zdarzy się nic, co mogłoby nas wykluczyć z aktywności zawodowej.

Zasada nr 1: Spodziewaj się, niespodziewanego

Poczucie bezpieczeństwa, że czynniki te, pozostaną niezmienne, może okazać się bardzo pozorne. Dziś jesteśmy w stabilnej sytuacji finansowej, mamy stałe źródło dochodu, ale jutro ten stan może z wielu, niezależnych od nas przyczyn się zmienić. Nasze zadłużenia tymczasem nie wygasają – są krócej- lub dłużej terminowe, ale bez względu na sytuacje, jakie nas spotykają pozostają zobowiązaniem, które musimy obsługiwać zgodnie z zawartą z kredytodawcą umową. Najszybszą, co nie oznacza bezpieczną drogą, okazuje się kolejny kredyt. Bierzemy go, aby zapewnić ciągłość obsługi dotychczasowych zobowiązań, a których spłaty nie jesteśmy w stanie utrzymać z miesięcznego dochodu.

Zasada nr 2: Nie idź drogą na skróty – kredyt na spłatę kredytu może trafić do windykacji

W jakimś momencie banki przestają już traktować nas wiarygodnie. Wtedy najczęściej decydujemy się na ratunek firm pożyczkowych, których regułą jest: pożyczać na krótko i z uwagi na ryzyko, pobierać za to „słono”. Jeśli nie będziemy w stanie płacić takim firmom na czas, najpierw spotkają nas konsekwencje w postaci dużych kar za monity, a w ostateczności nasz pożyczkodawca (tak samo zresztą jak bank), sprzeda nasz kredyt do firmy windykacyjnej. Trafienie na drogę tej procedury może doprowadzić do utraty całego naszego majątku, nawet jeśli nasze zadłużenie jest wartościowo dużo mniejsze od problemowego kredytu.

Oczywiście jest to sporym uogólnieniem, ale moje doświadczenie w branży finansowej pokazuje, że w poważne tarapaty można wpaść w bardzo krótkim czasie.

Dlaczego wpadamy w spiralę zadłużenia?

Wiele badań to uzasadnia, ale wnioski z nich są dość intuicyjnie. Dajemy się wciągnąć w pułapkę zadłużań, kiedy:

  • decyzje o wzięciu kredytu podejmujemy pod wpływem emocji,
  • przestajemy kontrolować budżet (nie rewidujemy naszych dochodów i kosztów) i tracimy dyscyplinę nad konsumpcją,
  • nie mamy oszczędności, usprawiedliwiamy ich brak wydatkami, „złym” czasem na odłożenie, „zacznę od przyszłego miesiąca” (zupełnie jak z dietą),
  • tracimy zdolność do spłaty zaciągniętych zobowiązań,
  • wykazujemy zbyt duży optymizm w założeniach o stanie naszych przyszłych dochodów i nie uwzględniamy w tym ryzyka zmiany warunków życiowych, na które możemy nie mieć wpływu (strata pracy, nieprzewidziane wydatki rodzinne – rozwód, pogrzeb, etc.),
  • mamy raczej niskie dochody, i/lub nie korzystamy z usług banków – w Polsce to ok. 30% dorosłego społeczeństwa, ich miejsce zastępują firmy pożyczkowe.

Generalny wniosek jest taki – jeśli nawet na danym etapie nie możemy poprawić poziomu naszych zarobków, to na pewno możemy wpływać na poziom zadłużenia w stosunku do obecnego dochodu netto.

Kiedy cały świat borykał się z kryzysem finansowym, regulatorzy zaczęli mocno przyglądać się praktykom udzielania kredytu. To nieprzewidziana sytuacja właśnie w postaci spowolnienia gospodarki, spowodowała utratę pracy lub obniżenie dochodów, a w konsekwencji znalezienie się wielu ludzi w spirali zadłużeń.

W 2011 roku w Polsce Komisja Nadzoru Finansowego w ramach dobrych praktyk w zakresie zarządzania ryzykiem detalicznym produktów kredytowych, ustaliła maksymalny poziom stosunku wszystkich rat płaconych miesięcznie do osiąganego dochodu netto kredytobiorcy – w przypadku klientów zarabiających poniżej średniej krajowej było to na poziomie 50%  i 65% dla pozostałych. Przestrzeganie tego kryterium KNF narzucił wtedy wszystkim bankom. Wymóg ten został zniesiony przez regulatora w lipcu 2013 r. Jestem jednak przekonany, że wciąż wiele banków w swojej metodologii oceny ryzyka kredytowego posługuje się określaniem maksymalnego poziomu stosunku miesięcznych zobowiązań do dochodu netto.

Biorąc to pod uwagę, kiedy w takim razie powinniśmy mocno się zastanowić nad wzięciem kolejnego kredytu?

Zasada nr 3: Nie przekraczaj granicy 33% – jeśli suma zobowiązań miesięcznych przekracza 33% Twojego dochodu netto, nie pogłębiaj długu

Najważniejszym czynnikiem jest tutaj określenie maksymalnego poziomu stosunku wszystkich naszych rat do dochodu netto (pamiętajmy o unikaniu minimalnych spłat zadłużenia na karcie kredytowej lub kredytu w koncie – o piszę więcej tutaj).

Idealnie byłoby zachować ten stosunek na poziomie nieprzekraczającym 33% (jak widać jest to dużo mniej niż do niedawna wymagał regulator). Oczywiście można też założyć większy poziom, ale jest to bezpieczniejsze, jeśli zbudujemy odpowiedni zasób oszczędności. Jesteśmy wtedy mniej narażeni na ryzyko nagłych zmian sytuacji życiowej.

Pamiętaj

  1. W spiralę zadłużenia możemy wpaść bardzo łatwo, wystarczy czasami jedna źle podjęta decyzja, jeden wypadek losowy.
  2. Nadmierne zadłużenie może spowodować nawet utratę całego naszego majątku (nasz kredyt została trafił do windykacji).
  3. O kontrolowaniu swojego budżetu (rewiduj swoje dochody i sumuj wydatki) – dbaj o systematyczność, panuj nad tym i ufaj sobie.
  4. Powiedz „STOP” kolejnemu kredytowi, jeśli suma zobowiązań w miesiącu przekracza 33% Twojego dochodu netto.

No Comments

Click on a tab to select how you'd like to leave your comment

Post A Comment

*