Ustawa frankowa okiem ekspertów – co dla frankowiczów, co dla banków i za ile

Od wielu miesięcy trwają debaty nad propozycją rozwiązań dla frankowiczów. W ostatnich dniach do tego spektrum dołączyły rozwiązania rekomendowane przez działający przy Kancelarii Prezydenta zespół ekspertów ds. ustawy frankowej. Propozycje restrukturyzacji kredytów walutowych miałyby wg jej twórców rozkładać w czasie ekonomiczne i finansowe skutki operacji przewalutowania, bez konieczności udziału NBP.

Szybkie podsumowanie, co znalazło się w propozycjach:

  1. zwrot kwot nadpłaconych z tytułu spreadów walutowych – czyli rozliczenie nadwyżek poniesionych przez kredytobiorcę z tytułu uznaniowej indeksacji banków – klient spłaca raty po wyższym kursie niż kurs przy wypłaceniu kredytu. Zwrot nadpłaconych kwot miałby być rozliczany w formie redukcji zadłużenia lub jego rozłożenia w czasie. Ten wariant dotyczyłby wszystkich kredytobiorców, a poza wszystkim jest w pełni uzasadniony.
  2. przewalutowanie po „kursie sprawiedliwym” wg zasad wskazanych w pierwszym projekcie ustawy (o tym za chwilę) z uwzględnieniem (i to jest nowość) wskaźnika Dtl kredytobiorcy, czyli wysokości raty kredytu do dochodu (zdaje się, że zależnie od wydolności finansowej kredytobiorcy kurs sprawiedliwy miałby być korygowany w górę lub w dół). Jest też alternatywna propozycja – przekształcenie niespłaconej kwoty kredytu w typowy dla danego kredytodawcy kredyt „złotowy” (niedenominowany, nieindeksowany albo niewaloryzowany w obcej walucie) ze zwrotem części nadpłaconego kapitału, czyli upraszczając – przewalutowanie po obecnym kursie i zwrot tego, o co kredyt różniłby się, gdyby od początku był kredytem w polskiej walucie.
  3. zwrot nieruchomości z jednoczesnym wygaszeniem umowy kredytowej – zwrot bankowi kluczy pozwalałby uwolnić się od zobowiązania, ale oznaczałoby to, że kredytobiorca traci wszystko, co do tej pory zainwestował w mieszkanie, łącznie z wkładem własnym, mogąc jednak w tym mieszkaniu pozostać. Kredytobiorcy nie są dzisiaj właścicielami tych mieszkań w sensie ekonomicznym, tylko w sensie prawnym. Mieszkania są tak mocno obciążone kredytem, że w sensie ekonomicznym właścicielem jest instytucja, która je finansuje. W sensie formalno-prawnym taki kredytobiorca wynajmowałby mieszkanie bądź od banku, bądź od instytucji, która byłaby specjalnie powołana w celu zarządzania tymi nieruchomościami. „Mowa tutaj o koncepcji specjalistycznych funduszy mieszkaniowych, których powołanie umożliwiłoby nie tylko lepsze zarządzanie tymi lokalami, czyli gospodarowanie nieruchomościami, ale również lepsze zarządzanie w sensie umiejscowienia ich od strony prawnej, księgowej i finansowej” (Sławomir Horbaczewski, członek prezydenckiego zespół ekspertów ds. projektu tzw. ustawy frankowej).

Założenie jest takie, że kredytobiorca o skorzystaniu z tych wariantów ma decydować dobrowolnie. Bank ma obowiązek poinformować kredytobiorcę o zasadach i trybie restrukturyzacji kredytów walutowych, a klient mieć możliwość złożenia wniosku o skorzystanie z wybranego rozwiązania w terminie 12 miesięcy. Propozycje te póki co mają charakter draftu, który po przeanalizowaniu przez Kancelarię Prezydenta zostanie doprowadzony do finalnego – ustawowego kształtu. Ma to wg wstępnych zapowiedzi nastąpić jeszcze w czerwcu.

Frankowcy: „zagmatwane, niejsane prawnie i ekonoemicznie”

Jak zareagowało środowisko zadłużonych we frankach? Protestami, że prace nad ustawą trwają zbyt długo, a same propozycje są „zbyt skomplikowane, zagmatwane oraz niejasne prawnie, etycznie i ekonomicznie” (tak m.in. skomentował je Maciej Pawlicki ze Stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu). Reakcja banków? Utrzymują wcześniejszą propozycję – przewalutowanie kredytów walutowych po kursie bieżącym i dopłaty dla tych, u których rata kredytu po przewalutowaniu (wspomniany wskaźnik Dtl) przekroczy 70 proc. dochodów. Propozycja miałaby dotyczyć wyłacznie kredytów regulowanych bez opóźnień i zaciągniętych na kupno albo mieszkania o powierzchni nie przekraczającej 75 m kw. albo domu o powierzchni nie większej niż 150 m kw. Domyślacie się pewnie, jaki jest odzew po stronie frankowiczów – no właśnie…

Co z tego wynika? Żadna ze stron nie dąży do rzeczywistego rozwiązania problemu, mimo, że każda z nich ma w jego wygenerowaniu swój udział.

  1. Banki, które „mitygując” ryzyko udzielały kredytów we frankach na masową skalę, proponując je także tym klientom, którzy nie mieli dostatecznej zdolności kredytowej do obsługi zadłużenia w złotych. Kredyt we franku szwajcarskim stał się doskonałym patentem na podniesienie tej zdolności w warunkach wysokich stóp procentowych w Polsce. I tak się zaczął czas ostrej rywalizacji o portfele kredytobiorców.
  2. Nadzór Finansowy, który mało proaktywnie komunikował zagrożenia i niespecjalnie spieszył się z ograniczeniem bankowej nonszalancji. W efekcie okres od 2005-2009 r. był złotą erą pomnażania frankowej akcji kredytowej przy niedostatecznie restrykcyjnym działaniu regulatora.
  3. Nadzór bankowy, który za długo zwlekał z zaleceniem stawiania wyższych wymogów osobom zaciągającym zobowiązania walutowe i zwiększeniem wymogów kapitałowych banków udzielających kredytów we frankach. Rekomendacja S, która te ograniczenia wprowadzała tylko nieznacznie, mimo wzrostu oprocentowania, zredukowała hegemonię franka.
  4. Sami kredytobiorcy, którzy często decydowali się na zakup mieszkań, na które nie było ich stać w złotówkach. Podejmowali się kredytowania we frankach zachęceni możliwością obsługi zadłużenia na o wiele niższym, konkurencyjnym do złotowego oprocentowaniu wg stawki LIBOR, nie doceniając jednocześnie ryzyka walutowego i niedostatecznie zabezpieczając się w formie oszczędności na wypadek zwiększenia kosztu spłaty rat.

Skoro każda z tych grup ma swoją odpowiedzialność w wykreowaniu problemu, w interesie każdej z nich powinno być w takim razie zalezienie kompromisu. Szczególnie tych dwóch, które bezpośrednio na tym profitowały, czyli banków – zarabiających na uznaniowych spreadach i kredytobiorców – obniżających swoje miesięczne obciążenie dzięki niższej wartości rat. Niestety żadna z tych stron niespecjalnie dąży do porozumienia.

Kancelaria Prezydenta: w pułapce czasu, kosztów i roszczeń

Zanim o tym – szybki update statystyczny z BIK – kredyty we frankach stanowią ok. 140 mld zł, przy czym odsetek „złych kredytów” jest niższy niż złych zaciągniętych z złotówkach. Na dzień dzisiejszy więc kredytobiorcy we frankach zaoszczędzili na wartości rat i radzą sobie lepiej z punktu widzenia terminowości obsługi spłaty. Koniec wtrętu.

portfel-kredytow_bikPół roku temu pojawił się projekt regulacji wprowadzający pojęcie „kursu sprawiedliwego”, po którym kredytobiorca miałby możliwość przewalutowania kredytu. W uproszczeniu miało działać to tak, że do każdego zobowiązania obliczany jest właściwy kurs franka, po którym to przewalutowanie mogłoby nastąpić tak, aby wartość kapitału pozostałego do spłaty była taka sama, jak w przypadku identycznego kredytu złotowego. Na przykładzie kredytu o wartości 300 tys. zł pokazaliśmy, że „kurs sprawiedliwy” mógłby być znacznie niższy od datowanego na styczeń kursu rynkowego. Zobaczmy to jeszcze raz:

kurs spawiedliwy_1
Kurs rynkowy (dane ze stycznia 2016 r.) różni się od „kursu sprawiedliwego” niebagatelnie, bo 2.80 vs 3.91. Przyjmując dla uproszczenia, że wszystkie kredyty w CHF o wartości 140 mld. zł byłyby przewalutowane po „kursie sprawiedliwym” z powyższego przykładu, oznaczałoby dla banków zrealizowanie straty o wartości prawie 56 mld zł (kalkulacja poniżej).

kurs sprawiedliwy_2
Chcąc rozliczyć ten wydatek zyskiem sektora z 2015 r., szacowanym przez KNF na 13.1 mld zł, banki nie byłyby w stanie go pokryć  – to prawie 4-krotnie mniej niż potencjalny koszt przewalutowania. W tym roku dochodzi jeszcze perspektywa obniżonego zysku sektora o ponad 4 mld zł z tytułu wprowadzenia podatku bankowego (stawka 0.44% od aktywów bankowych, liczących w sumie ponad 900 mld zł). Skoro banki nie mają kasy na pokrycie roszczeń wobec nich, to co zrobić, żeby te roszczenia zrealizować?

Twórcy rozwiązań, aby nie obciążać sektora kumulacją 50-miliardowych strat, których nie byłyby zdolne obsłużyć jednorazowo, zaproponowali rozłożenie tych kosztów w czasie poprzez stworzenie funduszu sekurytyzacyjnego lub powołanie spółek celowych, której właścicielami byłyby banki. W przypadku spółek celowych banki mogły odliczać ubytek wartości kredytów od CIT przez 25 lat a celem spółki byłaby sekurytyzacja zobowiązań banków, czyli emisja papierów wartościowych w oparciu o wyodrębnione aktywa, np. kredyty hipoteczne. Wiadomo, że powołanie spółki miałoby być połączone z emisją obligacji. Ale tu kończą się szczegóły tego rozwiązania –  nie został jeszcze ujawniony mechanizm, który pozwalałby rozłożyć w czasie zobowiązania z restrukturyzacji, tak by nie rzutowało to na bilans banków i spełniało międzynarodowe standardy rachunkowości. Przy tym stanie wiedzy, wiadomo tylko, że nie jest to proste, o ile w ogóle możliwe.

„Tysiąc plus. Banki dla gospodarki”

Pod taką nazwą ogłoszona została nowa koncepcja SBB (Stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu). Program zakłada, że kredytobiorcy frankowi spłacaliby raty w obecnej wysokości, ale przy ich podziale na dwie części:

  • „legalna”, przekazywana do banku – wyliczana według kursu franka z dnia zaciągnięcia kredytu;
  • „nielegalna”, przekazywana do funduszu kompensacyjnego – następnie zwracana kredytobiorcy.

To oznacza, że kredyty walutowe pozostawałyby w portfelu banku, ale obsługiwane byłyby po kursie z dnia wzięcia kredytu, a całe ryzyko kursowe zostałoby przeniesione na bank. Skutek tego rozwiązania pogłębiałby straty banków, mogąc jednocześnie realnie zagrozić stabilności depozytowej pozostałych klientów. Szkoda, że ten mechanizm nie uwzględnia rozliczenia korzyści, które kredytobiorcy frankowi przez określony czas spłaty zobowiązań materializowali.

W co grają banki i co na tym tracą?

Zaskakująco biernie. Tak długo, jak nie wykazują samodzielnej inicjatywy na dogadanie się z własnymi kredytobiorcami, tak długo narażają się na konieczność realizacji roszczeń klientów na potencjalnie bardziej szkodliwych warunkach politycznych. Nie wspominając o tym, że na takim – lekko mówiąc – niepocieszonym kliencie bank nie jest w stanie zrobić żadnego cross-sellingu. Nie dość, że musiałby ponieść potencjalną stratę na redukcji wartości jego kredytu po restrukturyzacji, to jeszcze pozbywa się go na dobre z listy kontaktów do akwizycji, więc już na nim i  prawdopodobnie jego ścisłym otoczeniu nie zarobi.

Zamiast czekać na rozwiązania zewnętrzne, „chowając się pod spódnicą” ZBP, każdy bank we własnym interesie powinien zatroszczyć się o wypracowanie propozycji rozwiązań dla swoich klientów. To na pewno daje szanse na mniejsze straty, niż na warunkach „obietnic przedwyborczych”.

4 warunki sensownego rozwiązania

Dobrze poradziły sobie z tym Węgry. Tam kredyty walutowe były warte ok. 3.4 bln forintów (czyli, ok. 47 mld zł) i zostały przewalutowane po kursie rynkowym, ale ze zwrotem nadpłaconych kosztów indeksacji, czyli spreadów walutowych plus innych kosztów, które sąd najwyższy uznał za nieuzasadnione. Po konwersji wartość tych kredytów spadła do 36 mld zł, co oznacza, że banki poniosły koszt w wysokości ok. 24% pierwotnej wartości kredytów walutowych i redukując o tę kwotę zadłużenie kredytobiorców. Aby wesprzeć banki, które nie mogły udźwignąć tego kosztu jednorazowo, bank centralny na Węgrzech przeznaczył ok. 9 mld euro na utrzymanie płynności aktywów w bankach.

Czyli rozwiązania są. Kwestia skorzystania z pewnych doświadczeń i zaadaptowania ich na własnym podwórku, nie dopuszczając do dalszej eskalacji z tytułu odraczania rozwiązań w czasie.

4 warunki, które rozwiązanie powinno spełniać:

  • Być dobrowolne
    Przewalutowanie po jakimkolwiek kursie zawsze niesie ze sobą ryzyko zmiany kursu na mniej korzystny w przyszłości. Decyzja musi być w pełni zależna od kredytobiorcy, aby w razie zmiany trendu nie stwarzać ryzyka przesuwania odpowiedzialności na zewnątrz.
  • Zmniejszyć kwotę zadłużenia klientów
    Źródłem problemu frankowiczów jest wzrost kwoty zadłużenia – przy obecnym kursie może przewyższać wartość samej nieruchomości. Proces konwersji kredytów na rodzimą walutę powinien przełożyć się na zmniejszenie obecnego obciążenia klientów.
  • Nie doprowadzić do zachwiania sektora finansowego
    Koszty, które może ponieść sektor finansowy powinny być wsparte przez odpowiedni program państwowy (na wzór Węgrzech) tak, aby zapewnić stabilność sektora finansowego i polskiej gospodarki.
  • Fair
    Kosz restrukturyzacji kredytów we frankach nie powinien być całościowo amortyzowany przez banki. Klienci powinni mieć w tym swój udział – przez wiele lat płacili mniejsze oprocentowanie i niższe raty kredytów w porównaniu z kredytobiorcami złotowymi, którzy nie podjęli się ryzyka.

Sam mechanizm przewalutowania jest już mniej istotny. W grę wchodzi już tylko matematyka, która nie zmienia podstawy rzeczy. Wspomniany „kurs sprawiedliwy” jest niczym innym niż przewalutowanie po dzisiejszym kursie rynkowym z kolejnym umorzeniem części różnicy pomiędzy wartością kredytu po przewalutowaniu, a kredytu w momencie jego udzielenia. Logika jest dokładnie taka sama.

Im dłużej będziemy zwlekać z finalną propozycją, tym mocniej radykalizować się będą stanowiska stron i jeszcze niebezpieczniej wychylać się w kierunku absurdów, na które nas nie stać i za które i tak zapłacić będziemy musieli wszyscy.

No Comments

Click on a tab to select how you'd like to leave your comment

Post A Comment

*